Złota świątynia

Na zalanym słońcem placu, na tafli olbrzymiego basenu stoi Hari Mandir – Złota Świątynia, najświętsze miejsce sikhów, cel pielgrzymek, miejsce modłów i kontemplacji. Zobaczyć ją raz w życiu jest marzeniem każdego sikha. Aby wejść na teren świątyni trzeba pozbyć się krępujących ciężarów: buty, skarpetki, bagaże trzeba zostawić w przechowalni. Bose stopy to symbol pokory ale i wolności. Także tytoniowi, narkotykom i innym truciznom wstęp surowo wzbroniony. Przed wejściem płynie strumyk wody należy przed przekroczeniem terenu świątynnego obmyć w nim stopy. Jeszcze trzeba kupić chusteczkę aby nakryć nią głowę. Przed wejściem napis: Nasz Ojciec jest jeden i wszyscy jesteśmy jego dziećmi. Człowiek staje się  człowiekiem dopiero wtedy, kiedy usilnie dąży do poznania prawdy. Staraj się ją pokochać! Nie krzywdź  i nie dręcz nikogo! Boga nie interesuje twoja kasta, lecz twoje czyny...

Napisał to w XVI w. guru Nanak, prawodawca sikhów. Z islamu zapożyczył wiarę w jednego Boga, z hinduizmu tęsknotę do nirwany. Zwalczał przesądy dotyczące pożywienia. W kraju wykluczającym spożywania mnóstwa potraw nieczystych stworzył „wolną kuchnię” i do dziś shikowie prowadzą obok Złotej Świątyni stołówkę dla potrzebujących, niezależnie od kasty, urodzenia i narodowości. Wydatki pokrywa świątynia.

Mijamy marmurową bramę, ze schodów widać złote architektoniczne cacko położone na malej wysepce. Chcą się tam dostać trzeba obejść jezioro wzdłuż ażurowo-koronkowych budowli i wejść na most prowadzący do sanktuarium.

W świątyni kilku muzykantów trąca struny instrumentów, wypełniając ją delikatną melodią. W środku na podwyższeniu znajduje się Święta Księga Sikhów. Tłum niesie ofiary – placuszki na liściach, sypie się grad drobnych monet. Na boski tron wnoszą księgę o czwartej rano o jedenastej udaje się na spoczynek. Uderza wielkie skupienie modlących się tu ludzi, zwłaszcza mężczyzn.

Bramy świątyni otwarte są na cztery strony świata, co znaczy, że jest to miejsce dla wszystkich, tu można zapomnieć o urodzeniu. Za bramami świątyni jak wszędzie kramy i handlarze, błyskotki, hinduskie dewocjonalia, ścisk hałas, czuję, że mój ciężar powraca do mnie.
Po południu jedziemy z Amristaru na przejście graniczne indyjsko - pakistańskie. Nasza taksówka psuje się już przy wyjeździe z miasta, ale szybko podstawiają nam druga. Samochód niezbyt wytworny za to kierowca! Broda, jak na prawdziwego sikha przystało – starannie wypielęgnowana, turkusowy turban z zharmonizowany barwą z kolorem czapeczki, której rąbek wysuwa się spod zawoju nad czołem. Rysy rzeźbione na nich pancerz powagi.

Sikhowie – wyniośli, o dumnych spojrzeniach. Noszą różnokolorowe turbany pod którymi ukrywają swoje długie włosy. Nie rozstają się z turbanami, noszą je nawet w wojsku. Są cenieni w Indiach za prawdomówność i odwagę. Religia sikhów nie jest właściwe religią ale sposobem na życie.

Nasz sikh zatrzymuje się na parkingu między górą glinianych amfor na straganach a kępkami szmat glinianej barwy, Szmaty zaczynają się ruszać pełzać to żebracy przerwali południowy letarg. Ich widok będzie nam towarzyszył nieustępliwie, choć nie są natrętni. wiedzą, że nawet ich cień brudzi prawowiernego bramina, a biały turysta po prostu boi się dać jałmużnę, aby tym gestem nie sprowadzić sobie na kark całego tłumu kalek.

Na granicy indyjsko –pakistańskie. Wysocy, bardzo przystojni żołnierze z czerwonymi pióropuszami na głowie, przypominającymi koguci grzebień. Przejście granicznie, codziennie po zachodzie słońca jest zamykane. Opuszcza się flagi i zdejmuje z masztu. Jest to swego rodzaju barwne widowisko, na które ściągają rzesze widzów. Po obu stronach granicy są specjalne, amfiteatralne trybuny, z których Hindusi wykrzykują hasła typu: Niech żyją Indie! Matka India nie zginęła! Pakistańczycy nie chcąc być gorsi wykrzykują: Niech żyje Pakistan! Śmierć Indiom! W tym czasie pograniczni żołnierze walczą ze sobą na niby. Wyrywają sobie sznurki, na których zawieszone flagi obu państw. Potem żołnierze ze złożona flagą biegną w kierunku posterunku. by jej strzec aż do wschodu słońca.

Codziennie na zmianę warty zjeżdża się codziennie około 10tysiecy osób ciężarówkami, samochodami, rikszami i na rowerach. Zabawa ta nie jest tylko widowiskiem, bo hasła i emocje ludzkie są tym co noszą w sercu. Choć na koniec widowiska dowódcy podają sobie ręce, to czuć, że napięcie pomiędzy obydwoma narodami istnieje naprawdę iw każdej chwili może przerodzić się w prawdziwa wojnę. Ogień płonie po obydwu stronach granicy, wystarczy drobna iskierka, by przemienić się w wielki pożar, który będzie trudno ugasić.